Darmowe silniki, tysiące tutoriali i AI - a mimo to nie chciałbym dziś wchodzić do gamedevu
Nigdy nie było tylu narzędzi, żeby zrobić grę. I nigdy nie było tak trudno dostać za to pensję. To nie paradoks, to pułapka.
Czytam wywiad o wchodzeniu do branży gier i zatrzymuję się na jednym zdaniu: na papierze jeszcze nigdy nie było tak prosto, a w praktyce tak trudno. Uważam, że to nie jest przypadkowa sprzeczność. To mechanizm.
Bo im niższy próg wejścia, tym większy tłum przy drzwiach. Darmowy silnik, tutoriale, Discordy, game jamy i AI podpowiadające kod nie ułatwiają startu – one po prostu przenoszą filtr z etapu „czy potrafisz” na etap „czy jesteś jednym z tysiąca takich samych”.

Dostępność to nie to samo co szansa
Widziałem to już w innych branżach. Gdy każdy dostaje aparat w telefonie, fotograf przestaje zarabiać na tym, że umie zrobić zdjęcie. Zarabia na tym, że ma coś, czego algorytm nie da: styl, znajomości, cierpliwość, portfolio budowane latami.
Dlatego martwi mnie obietnica, którą sprzedaje się dwudziestolatkom: „masz narzędzia, reszta zależy od ciebie”. To zdanie brzmi jak wolność, a działa jak zrzucenie ryzyka na najsłabszego.

Samo CV faktycznie nie wystarczy. Ale nie dlatego, że kandydaci są gorsi. Dlatego, że demokratyzacja narzędzi wyprodukowała nadpodaż marzeń przy tej samej liczbie etatów.
Nie odradzam gamedevu. Odradzam wiarę, że łatwy dostęp oznacza łatwą karierę – bo to właśnie ta wiara najczęściej kończy się wypaleniem.


