Oddałem 92 butelki do butelkomatu i policzyłem, że kaucja zmieniła mnie w niepłatnego pracownika sklepu
System kaucyjny miał ratować środowisko. Ale kiedy stanąłem z workiem 92 butelek przy automacie, poczułem coś dziwnego – że właśnie odwaliłem robotę, za którą kiedyś ktoś brał pensję.
System kaucyjny ruszył i nagle wszyscy liczymy butelki jak nigdy wcześniej. Odpowiedź na najczęstsze pytanie brzmi: tak, oddanie kilkudziesięciu butelek naraz się opłaca – przy 92 sztukach po 50 groszy to 46 złotych, które wracają na bon lub gotówką. Ale im dłużej stałem przy automacie, tym bardziej czułem, że ta arytmetyka czegoś nie obejmuje.
46 złotych, których wcześniej nie widziałem
Przez lata butelka po napoju była śmieciem. Wrzucałem ją do żółtego worka i zapominałem. Teraz każda pusta butelka ma cenę i – co ważniejsze – to ja jestem osobą, która musi tę cenę odzyskać.
Brzmi jak drobiazg, ale zmienia zachowanie na poziomie odruchu. Nie wyrzucam już butelki na mieście, bo to dosłownie wyrzucanie pieniędzy. Zbieram je w kącie kuchni, w reklamówce, jak babcia zbierała kiedyś słoiki. Kaucja obudziła we mnie skąpca, którego nie znałem.
I tu pojawia się pierwsza niewygodna myśl. Te 46 złotych nie spadło z nieba. To pieniądze, które wcześniej zapłaciłem przy zakupie i o których nie miałem pojęcia. System po prostu zablokował mi część kasy i oddaje ją, gdy zrobię coś w zamian.
Zostałem niepłatnym pracownikiem sklepu
Bo co właściwie zrobiłem, stojąc kwadrans przy automacie z workiem butelek? Odebrałem, posegregowałem, przetransportowałem i posortowałem opakowania. To jest praca. Konkretna, fizyczna, powtarzalna praca logistyczna.
Kiedyś tę robotę wykonywał ktoś zatrudniony w skupie surowców wtórnych. Dziś wykonuję ją ja, za darmo, w ramach mojego prywatnego czasu, a nagrodą jest zwrot moich własnych pieniędzy. To genialny model – przerzucić koszt logistyki na klienta i jeszcze sprawić, że będzie się czuł, jakby dostał premię.
Nie jestem naiwny, wiem, że tak działa cała gospodarka cyrkularna i że to lepsze niż wysypisko. Ale warto nazwać rzecz po imieniu. To nie system oddaje mi pieniądze z dobroci serca. To ja pracuję na ich odzyskanie, a przy okazji domykam łańcuch dostaw za sprzedawcę.
Patrzyli z zazdrością, bo wygrałem w grę, której zasad nie ustalałem
Najciekawszy był ten moment, gdy inni w kolejce patrzyli na mój wypchany worek z mieszaniną podziwu i zazdrości. Ktoś przyszedł z trzema butelkami, ja z dziewięćdziesięcioma dwoma. Poczułem się jak zwycięzca.
I to jest sedno psychologicznej sztuczki. System kaucyjny zamienił segregację odpadów w grę z punktacją. Im więcej butelek, tym większy zwrot, tym większa satysfakcja. Nagle zbieranie śmieci stało się czymś, czym można się chwalić.
To sprytne, bo działa. Zachowania proekologiczne najlepiej się przyjmują, gdy przestają być obowiązkiem, a stają się grą z nagrodą. Grywalizacja sprzedaży, subskrypcji i aplikacji fitness dotarła wreszcie do kosza na śmieci.
Dlaczego mimo wszystko wrócę z kolejnym workiem
Mógłbym na tym poprzestać z gorzkim wnioskiem, że dałem się wrobić w darmową pracę. Ale prawda jest bardziej złożona i dlatego wrócę do automatu.
Bo te 46 złotych jest prawdziwe. Bo butelka faktycznie idzie do ponownego przetworzenia, a nie do rzeki. I bo – przyznaję – zbieranie butelek daje mi absurdalnie dużo satysfakcji, taniej niż jakakolwiek aplikacja z odznakami.
Zmieniło się jednak moje spojrzenie na to, kto tu komu robi przysługę. Nie odbieram kaucji. Ja ją odpracowuję, a przy okazji robię za darmo kawałek roboty, którą ktoś kiedyś dostawał w kopercie z wypłatą.


