Przestańmy nazywać każdą nową funkcję rewolucją
Branża nauczyła się sprzedawać drobne poprawki jako przełomy. Skutek jest taki, że gdy przychodzi prawdziwa zmiana, nikt już nie słucha.
Co druga premiera to dziś „rewolucja”. Po roku takich rewolucji słowo nie znaczy już nic, a my tracimy czujność na zmiany, które naprawdę mają znaczenie.
Branża nauczyła się sprzedawać drobne poprawki jako przełomy, bo to napędza nagłówki i przedsprzedaż. Problem w tym, że inflacja słowa „rewolucja” działa jak inflacja pieniądza: kiedy przychodzi prawdziwa zmiana, nikt już nie reaguje.
„Jeśli wszystko jest rewolucją, to nic nią nie jest.”
01Prosty test trzech pytań
Zanim cokolwiek nazwiemy przełomem, proponuję trzy pytania. Jeśli funkcja nie przechodzi wszystkich trzech, to jest aktualizacja, nie rewolucja.
- Czy zmienia to, co użytkownik realnie robi na co dzień?
- Czy działa dziś, na zwykłym sprzęcie, a nie tylko w prezentacji?
- Czy efekt da się zmierzyć, a nie tylko poczuć?
02Po co nam to
Bo Twój czas i uwaga są walutą. Im rzadziej dajemy się nabrać na „rewolucję”, tym mocniej wybrzmią te nieliczne premiery, które faktycznie zmieniają zasady gry. Na KRZEMIT staramy się trzymać ten próg.


