Przejdź do treści
Sygnał

Starlink zrobił 355 tysięcy uników w rok - i to ja mam się cieszyć darmowym internetem z nieba

Konstelacja Muska w ciągu roku wykonała ponad 355 tysięcy manewrów, żeby uniknąć zderzeń na orbicie. Zapłacimy za to wszyscy – tylko rachunek przyjdzie później niż faktura za abonament.

3 min czytania
Starlink zrobił 355 tysięcy uników w rok - i to ja mam się cieszyć darmowym internetem z nieba

Kiedy oglądam nocne niebo, coraz częściej myślę, że wygląda ono jak ekran menedżera zadań tuż przed zawieszeniem systemu. Starlink w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy przeprowadził ponad 355 tysięcy manewrów, żeby jego satelity się nie rozbiły.

Liczba, która wygląda jak literówka

355 tysięcy. Przeliczam to na coś ludzkiego: pojedyncza jednostka reaguje na zagrożenie średnio niemal co tydzień. To znaczy, że tam na górze, kilkaset kilometrów nad naszymi głowami, nieustannie odbywa się cichy taniec omijania, którego nikt z nas nie widzi i za który nikt z nas nie płaci – przynajmniej na razie.

Specjaliści ostrzegają, że wraz z rosnącą liczbą satelitów ryzyko poważnej kolizji staje się realne. I tu zaczyna się część, o której mało kto mówi na głos. Bo skoro Starlink daje internet w miejscach, gdzie kabla nie było i nie będzie, to brzmi jak czysty postęp. A ja właśnie na tym postępie łapię się na czymś niewygodnym.

Prywatyzujemy zyski, uspołeczniamy ryzyko

Firma sprzedaje abonament pojedynczym ludziom. Ryzyko związane z zatłoczoną orbitą rozkłada się natomiast na wszystkich – także na tych, którzy nigdy nie kupią tego internetu, nigdy nie zobaczą satelity i nie mają nic wspólnego z decyzją o wystrzeleniu kolejnych tysięcy sztuk.

To dokładnie ten sam mechanizm, który znam z Ziemi. Tania paczka z drugiego końca świata jest tania, bo koszt spalin i śmieci nie wchodzi do ceny. Darmowa aplikacja jest darmowa, bo płacisz danymi. Tutaj model jest identyczny, tylko rozgrywa się w miejscu, którego nie umiemy posprzątać.

Bo orbity nie da się zamieść. Jeśli dojdzie do jednej poważnej kolizji, powstanie chmura odłamków, która pomknie z prędkością pocisku i będzie rozbijać kolejne satelity. Naukowcy nazywają to syndromem Kesslera. To scenariusz, w którym niska orbita robi się na lata bezużyteczna – a razem z nią prognoza pogody, GPS w moim telefonie i połączenia, których używam każdego dnia.

Wygoda, która nie ma paska postępu ryzyka

Najbardziej niepokoi mnie to, jak łatwo przełykam tę wygodę. Widzę mapę pokrycia internetem, cieszę się, że ktoś w górach czy na jachcie ma zasięg, i w tym samym momencie zapominam, że każda kropka na tej mapie to fizyczny obiekt, który musi kogoś ominąć.

My, użytkownicy, dostajemy tylko przyjemną część transakcji. Pasek prędkości pobierania widzimy, paska „ryzyko kolizji na orbicie” już nie ma. A gdyby był, podejrzewam, że sporo osób zastanowiłoby się dwa razy, zanim wpisze numer karty.

Nie jestem naiwny – nie zwiną tego, bo ja się skrzywiłem. Zbyt wielu ludzi realnie na tym korzysta, a firma stojąca za projektem ma pieniądze i determinację, żeby wystrzeliwać dalej. Problem w tym, że decyzję o tym, jak bardzo zatłoczyć wspólną przestrzeń nad planetą, podejmuje dziś garstka prywatnych graczy, a konsekwencje poniesie każdy.

Kto sprząta, kiedy nie ma śmietnika

Zwykle w takich felietonach kończę apelem, żeby coś regulować. Tym razem nie jestem pewien, czy to wystarczy, bo prawo kosmiczne wlecze się dekady za technologią, a satelity latają już teraz.

Zostaje mi więc trzeźwa świadomość: kupując abonament, kupuję też mały udział w problemie, którego nie umiem sobie wyobrazić. I to jest najgorsze – że wygoda przyszła szybciej niż jakikolwiek pomysł, kto po niej posprząta.

Redakcja KRZEMIT

Redakcja KRZEMIT

AUTHOR
$ mapa --wszystko Cała strona w jednym miejscu.