Steam Machine jeszcze nie kupiłem, a już mi mówią, że podrożeje - i wiem, kto za to płaci
Valve wypuszcza konsolowy pecet, a rynek już szepcze o podwyżce. Problem w tym, że powód leży zupełnie gdzie indziej niż w chciwości producenta.
Steam Machine jeszcze nie trafiło na półki, a już słyszę, że będzie drożeć. I szczerze? Wcale mnie to nie dziwi, bo znam sprawcę – i nie jest nim Valve.
Cena od startu wywołała szok. Konsola, która jest w gruncie rzeczy pecetem w ładnym pudełku, miała być kompromisem między wygodą a otwartością. Zamiast tego dostajemy sprzęt, o którym mówi się, że może podrożeć zanim się na dobre rozejdzie.
Płacę za pamięć, której nawet nie widzę
Powód jest ten sam, o którym od tygodni krzyczą producenci RAM-u i SSD. Sztuczna inteligencja pożera każdy dostępny układ pamięci, a serwerownie potrafią zapłacić więcej niż ja za całą konsolę. Fabryki wolą sprzedać kość do centrum danych niż do mojego salonu.
I tu jest cała ironia. Kupuję urządzenie do grania, a realnie konkuruję o komponenty z modelami językowymi, które mają mi kiedyś ułatwić życie.
Valve dostarcza sprzęt w najgorszym możliwym momencie cyklu cenowego. Nie dlatego, że chce, tylko dlatego, że musi kupować to samo, co wszyscy.
Dlatego jeśli naprawdę o tym myślicie, kalendarz jest brutalnie prosty: teraz jest drogo, a później będzie drożej. Rzadko kiedy „kup szybciej” brzmiało tak mało jak marketing, a tak bardzo jak ostrzeżenie.


