Streamer stracił konto Microsoftu przez pomyłkę - i wtedy zrozumiałem, dlaczego przestałem lubić cokolwiek na siłę
Historia gościa, który przez jedno niestandardowe zdarzenie stracił dostęp do wszystkiego, przekonała mnie, że kibicowanie korporacji to jednostronna miłość. Płacimy za nią my.
Znam ten mechanizm z autopsji. Wybierasz ekosystem, wsiąkasz w niego na lata i w pewnym momencie zaczynasz go bronić, jakby to była twoja drużyna. A potem dzieje się coś niestandardowego – i okazuje się, że drużyna nawet nie wie, że istniejesz.
Fanboj kocha, korporacja liczy
Opisywana historia streamera, którego Microsoft potraktował szybko, skutecznie i jego kosztem, to nie jest wypadek przy pracy. To jest projekt. Duże firmy technologiczne budują procedury pod statystyczną większość, a nie pod ciebie z twoim konkretnym, dziwnym przypadkiem.
Gdy stanie się coś poza scenariuszem – zablokowane konto, utracony dostęp, zawieszona płatność – system nie pyta, ile lat jesteś klientem. System zamyka temat. Bo obsługa wyjątku kosztuje więcej niż utrata jednego użytkownika.
I tu jest sedno, o którym mało kto mówi wprost. My traktujemy relację z marką emocjonalnie, a ona jest arkuszem kalkulacyjnym. Kibicujemy premierom, kłócimy się w komentarzach o to, czyj telefon lepszy, a druga strona nawet nie odwzajemnia tej temperatury. To miłość absolutnie jednostronna.
Dlaczego w ogóle chce nam się kibicować
Mam wrażenie, że fanbojstwo to przeniesienie starych, plemiennych instynktów na logo. Kiedyś kibicowało się klubowi z sąsiedztwa, dziś kibicuje się firmie z Redmond albo Cupertino, której nigdy nie odwiedzimy i która nie wie o naszym istnieniu.
To wygodne, bo daje tożsamość bez wysiłku. Kupujesz sprzęt i od razu masz obóz, wrogów i poczucie przynależności. Problem w tym, że przynależność jest fikcyjna – to my przynależymy do nich, nie odwrotnie.
Najbardziej podstępne jest to, że im mocniej jesteś fanem, tym trudniej ci odejść. Zbudowałeś bibliotekę gier, kolekcję aplikacji, historię płatności, całą cyfrową tożsamość w jednym miejscu. To nie jest lojalność, to jest koszt wyjścia, który firma świadomie podnosi.
Konto, którego naprawdę nie posiadasz
Przypadek streamera obnaża coś, o czym wolimy nie myśleć. Konto w usłudze cyfrowej nie jest twoje w takim sensie, w jakim twój jest młotek w garażu. Ty masz do niego dostęp na warunkach regulaminu, który możesz odwołać jednym kliknięciem, ale którego zapisów sam nie negocjujesz.
Kiedy giną gry kupione za realne pieniądze, kiedy znika dostęp do maila używanego od dekady, kiedy zawieszony zostaje profil powiązany z twoim zawodem – odkrywasz, że kupowałeś licencję, a nie własność. Płaciłeś za wynajem, tylko nikt ci tego głośno nie powiedział.
To dlatego coraz mniej mnie ciekawi wojna ekosystemów. Nie chodzi o to, że jedna korporacja jest zła, a druga dobra. Chodzi o to, że wszystkie działają według tej samej logiki, a my rozdajemy im emocje za darmo.
Zimna kalkulacja zamiast gorącej miłości
Nie namawiam do bojkotu, bo to naiwne. Używam sprzętu różnych marek i dalej będę używał. Zmieniło się jedno: przestałem kibicować.
Zamiast pytać, czyj ekosystem jest lepszy, pytam, ile mnie będzie kosztowało wyjście, gdy coś pójdzie nie tak. Trzymam kopie ważnych danych poza jedną chmurą, staram się nie wiązać całej cyfrowej tożsamości z jednym kontem, czytam, co się dzieje, gdy usługa mnie zawiedzie.
Bo najzdrowszy stosunek do wielkiej firmy technologicznej to taki jak do banku albo dostawcy prądu. Korzystam, płacę, oceniam po jakości – i ani przez chwilę nie łudzę się, że to relacja. Historia streamera nie nauczyła mnie nienawiści do Microsoftu. Nauczyła mnie, że jedyną stroną, która w tej miłości naprawdę cierpi, jestem ja.


